
estem w trzydziestym drugim tygodniu ciąży. Termin wypada prawie dokładnie za półtora miesiąca. Zaczyna się najtrudniejszy, pod względem fizycznym, okres ciąży. Brzuszek jest już naprawdę spory, przeszkadza w coraz to większej liczbie codziennych czynności. Coraz łatwiej meczę się, bolą mnie częściej plecy, łydki, stopy. Zaczynam odczuwać tak dobrze zapamiętane ‘parcie na pęcherz’ jakie towarzyszyło ostatnim tygodniom poprzedniej ciąży.
Jedyne co się nie zmieniło, to moje potrzeby seksualne i przyjemność jaka czerpię ze zbliżeń. Cóż, burząc może co poniektórym obraz matki-polki, mam ochotę na seks, a mój odmienny stan dodaje tylko pikanterii.
Sporo radości sprawia nam też poszukiwanie idealnych, dla mojego stanu, pozycji. Choć przerabialiśmy już to podczas poprzedniej ciąży, to wciąż lubimy z tym eksperymentować.
W obecnym stanie niepraktycznym stały się wszelkie odmiany pozycji klasycznej. Po pierwsze nie czuję się dobrze leżąc dłużej na plecach, po drugie mąż nie może się na mnie położyć, a wszelkie ekwilibrystyki są dobre tylko na chwilę. Wspaniale sprawdzają się pozycje tylne, zwłaszcza boczna-leżąca. Byłoby jednak nudnym kurczowe trzymanie się jej, jedynie ze względu na wygodę.
Pozycja na pieska, która jeszcze niedawno sprawiała mi sporo radości, obecnie nie sprawdza się już tak dobrze. Rozmiary męża i zapał z jakim lubi szczytować sprawiły, że nieco zbyt mocno bódł mnie w sklepienie pochwy i szyjką macicy. Wole klęczeć na łóżku lekko pochylona ku ścianie, z dłońmi opartymi o ozdobną ramę łóżka. On klęczy za mną, i mimo, że pozycja zbliżona jest do poprzedniej, to jednak kąt penetracji i jej głębokość są inne. Taka modyfikacja sprawdza się też doskonale podczas seksu analnego.
Lubię pozycje stojące od tyłu, jednak kosztują mnie zbyt dużo wysiłku. Po stosunku mam nogi jak z waty.
Świetnie sprawdza się fotel męża. Półleżąc, z biodrami na jego brzegu kocham się z mężem klęczącym pomiędzy szeroko rozłożonymi udami. Z kolei gdy klęczę na siedzisku, odwrócona do niego tyłem, on może wejść we mnie w podobny sposób jak w omawianej wcześniej wariacji pozycji na pieska.
Lubimy seks na stole, przeważnie w pozycji bocznej. Zazwyczaj jestem ułożona na lewym boku. Lewą nogę mam podciągniętą ku sobie. Prawą, wyprostowaną, Robert przyciąga ku sobie ‘otwierając’ mnie jak książkę. Pośladki odrobinę wystają poza krawędź stołu. Pozycja również sprawdza się przy miłości greckiej. Nieco rzadziej leżę na plecach, z pośladkami wysuniętymi odrobinę poza krawędź stołu. Przy takim ułożeniu ciała możemy kochać się na kilka wariantów. W jednym Robert trzyma mnie za kostki, szeroko rozchylając uda. W drugim przyciska rozłożone nogi do siebie, tak by stopy wystawały ponad jego ramionami. W kolejnym mam zaciśnięte uda a złożone razem nogi umieszczam na jednym z barków męża. W innym opieram stopy na jego piersiach.
Huśtawka… Można napisać cała epopeję, o możliwościach jakie stwarza. Korzystamy z niej obecnie tylko sporadycznie. Najlepiej sprawdza się gdy jestem ułożona w pozycji półsiedzącej, z nogami uniesionymi tak jak do badania ginekologicznego. Bardzo lubiana przez męża, nieco mniej przeze mnie.
Pozycja siedząca na wysokim stołku barowym. Stołek jest obrotowy, przytwierdzony na stałe do podłogi. Siadam wysuwając pośladki poza siedzisko. Piersi i twarz oparte o blat, mocno wyeksponowany odbyt. Pozycja wyłącznie do seksu analnego. Bardzo miłe, niecodzienne wrażenia. Uwielbiana przez Roberta!
Lubię pozycje na jeźdźca. Zarówno klasyczną, jak i jej azjatycką odmianę (gdy kobieta kuca nad partnerem) a także odwróconą, czy wariant w którym siedzę na mężu odchylona ku tyłowi, podparta na wyciągniętych za plecy dłoniach, ze stopami znajdującymi się w okolicach jego barków. Czasami mąż podpiera się na poduszkach, częściej jednak leży na wznak. Na chwile obecną pozycje te wymagają ode mnie odrobinę więcej wysiłku niż zazwyczaj, jednak wciąż sprawiają nam dużo radości. Robert lubi także wariant w którym podtrzymuje moje pochylone ku niemu ciało trzymając dłonie na piersiach.
Odkryliśmy na nowo seks w wodzie. Dotychczas problemem było odpowiednie nawilżenie pochwy. Woda szybko wypłukiwała śluz, jak i wszelkie dostępne nam środki poślizgowe. Odkąd odkryliśmy J-lube nawilżenie pochwy nie stanowi już przeszkody. Uwielbiam kochać się w większym z domowych jacuzzi.
Na znaczeniu zyskał seks oralny. Już nie jako wspaniała gra wstępna, kares, czy substytut stosunku. Po prostu mam na niego większą niż kiedyś ochotę i potrafię cieszyć się niem równie głęboko co stosunkiem. Robert ma wspaniałe pole do popisu a ja doceniam, gdy poświęca sporo swojego czasu temu rodzajowi pieszczot. Bardzo lubię gdy w ten sposób pieści mnie Anna!
No i na sam koniec… Uwielbiam się masturbować. Moja fascynacja autoerotyzmem jest absolutnie niezależna od tego w jaki sposób i jak często uprawiam seks z mężem. Pieszczę się codziennie, nawet kilkukrotnie w ciągu doby. Robiłam to od zawsze a jedyną zmianą jaką zaobserwowałam ostatnio jest to, że masturbuje się w bardziej wymyślny sposób niż przed ciąża. Dawniej szukając odprężenia wystarczały mi przeważnie poślinione palce i pięć – dziesięć minut z samą sobą. Dziś częściej korzystam z erotycznych gadżetów, a samo pieszczenie się potrafi trwać nawet czterdzieści minut lub dłużej! Kiedyś szukałam odprężenia w orgazmie, dziś bardziej ciesze się napięciem, jakie towarzyszy balansowaniu na granicy spełnienia. Lubie włączać do moich autoerotycznych sesji elementy BDSM. Dziś na przykład masturbując się prysznicem miałam na brodawkach drewniane klamerki do bielizny… Kupione specjalnie w tym celu.

